James:
- Rosalie przepraszam pomyliłem się, ale tak na prawdę się nazywasz – wyjaśniłem jej patrząc na nią. Ona przez kilka chwil unikała moje wzroku, ale nie dziwię się jej. Spojrzałem na niebo i zauważyłem, że słońce coraz niżej się znajduje.
- nic się nie stało Jamesie. Po prostu pomyliłeś się i już – rzekła spokojnie i posłała mi uśmiech. – To co teraz robimy?
- Teraz idziemy poszukać miejsca na nocleg. Spałaś kiedyś pod gołym niebem? – spytałem ją i zacząłem iść przed siebie. Dziewczyna maszerowała za mną.
- Niech pomyślę… dwa razy na wsi u ciotki – odpowiedziała na moje pytanie.
- A to dobrze – zauważyłem. Po jakimś czasie znaleźliśmy się na małej polance, która dookoła obrastały gęste krzaki. Idealne miejsce na noc. – Twoim zadaniem zawsze na postojach będzie noszenie drzewa – odparłem. Ta zdziwiona spojrzała na mnie, ale po chwili kiwnęła na zgodę głową.
- Tak jest panie generale ! – krzyknęła śmiejąc się. W pewnej chwili Ros zniknęła w zaroślach. Ja zabrałem się za układanie kręgu na ognisko. Po kilku minutach usłyszałem krzyk przyjaciółki. Szybko pobiegłem w stronę głosu. Gdy przybyłem na miejsce zobaczyłem Rosalie, która patrzała na zakrwawionego chłopaka, który leżał na ziemi.
- Rosalie spokojnie – powiedziałem zwracając się do kuzynki. Szybko znalazłem się przy rannym . Wyczułem słabe tętno. Jego twarz była poraniona i posiniaczona. Jego koszula, była cała zakrwawiona. Musiał mieć wielką ranę na brzuchu.
~ Ej, słyszysz mnie? – spytałem nie znajomego telepatycznie. Ten z wielkim wysiłkiem otworzył oczy i spojrzał na mnie. Po chwili stracił przytomność.
~ Tak słyszę Cię – odparł słabo.
~~ Przemień się! – rozkazałem z dumą. Ten zmienił się w czarnego jak smoła wilka.
- Czemu on przemienił się w wilka? - spytała mnie znienacka Ros.
- Dzięki temu, ze się przemienił jego rany szybciej się zagoją – odpowiedziałem na jej pytanie patrząc na nią kątem oka. Zmieniłem się w wilka i na swój grzbiet wziąłem ciało nie przytomnego chłopaka. Zaniosłem go tak gdzie będziemy spali. Położyłem go jak najdelikatniej na gęstej trawie. Następnie przemieniłem się w człowieka i pomogłem nanosić drewna Ros. Potem ona rozpaliła dzięki swojej mocy ogień. Cały czas z zaciekawieniem patrzała na wilka.
- Szkoda mi go Jamesie – szepnęła cicho.
- Ktoś go nieźle zmasakrował – zauważyłem oczyszczając jego rany.
niedziela, 10 maja 2015
wtorek, 5 maja 2015
Rozdział 11
Rosalie:
Po tych słowach chłopak spojrzał na mnie jak bym była nie normalna. Nie mogłam wytrzymać kolejnych minut głuchej ciszy, która panowała obecnie.
- Co się tak gapisz?! – spytałam go ostro.
- Nie mogę jeszcze uwierzyć w to co powiedziałaś - odpowiedział cicho. Westchnęłam na jego słowa.
- No to uwierz gamoniu. Zrozum, że uwierzyłam w to co powiedziałeś. Chcę się dowiedzieć więcej i pomścić śmierć rodziców – powiedziałam z dumą.
- Przypominasz mi ich trochę, ale osobiście ich nie znałem. – rzekł.
- Ile ty w ogóle masz lat?
- Mam tyle samo lat co twój przyrzeczony narzeczony – odparł na moje pytanie sucho
- Ja nie wyjdę za niego Jamesie! – warknęłam
- Jak to nie?! – spytał mnie ostro wstając szybko z ziemi i podchodząc szybko do mnie. Cofnęłam się szybko kilka kroków do tyłu. W pewnym momencie jego oczy stały się czerwone.
- Jamesie twoje oczy…są nie normalnie – szepnęłam przerażona. Wtem chłopak zaczął się uspokajać. Zamknął swoje oczy, a po chwili gdy je otworzył miały znowu normalną barwę.
- Przepraszam poniosło mnie. Moje oczy się zmieniają na czerwony gdy jestem wściekły – rzekł drapiąc się po głowie
- Ale ja mówię prawdę – powiedziałam wbijając wzrok w ziemię
- Jeśli nie wyjdziesz za ego debila znowu nastanie wojna, a tego chyba nie chcesz prawda?
- Oczywiście, że nie kuzynie. To jak zabierzesz mnie do Greenland?
- Oczywiście, ale teleportacja w dwie osoby jest trudna i zabiera mnóstwo energii. Kiedy przyjmiesz wilka, nauczysz się teleportować. – odparł. W głębi duszy wszystko już sobie zaplanowałam. Oczywiście nie wyjdę za żadnego palanta i nie przyjmę żadnego wilka.
- Na pewno dasz radę Jamesie
- Dzięki za wsparcie, ona wiele dla mnie znaczy. Naprawdę – odparł uśmiechając się.
- Bardzo się cieszę. – po moich słowach chłopak znienacka złapał mnie za nadgarstki i w pewnym czasie wylądowałam w jakiś krzakach, które miały cholernie ostre kolce. Szybko wyszłam z nich i spojrzałam na swoje porysowane ręce. Rozejrzałam się dookoła i oniemiałam. Wszędzie rosły duże drzewa, ale nigdzie nie było Jamesa.
- James gamoniu gdzie jesteś?! – zawołałam głośno.
- Tu jestem – krzyknął gdzieś z oddali. Zaczęłam iść w stronę głosu chłopaka. Gdy go zobaczyłam zaczęłam się śmiać. James właśnie wychodził z rzeki cały mokry.
- Gdzie my jesteśmy? – spytałam go wycierając łzy śmiechu, które spływały mi po twarzy.
- Jesteśmy w Greenland, a dokładniej w Akwitanii, ale nie jesteśmy na przyjaznych terenach – oznajmił mi ściągając koszulkę i wyciskając z niej wodę.
- To na jakiś jesteśmy terenach? – zapytałam go zaciekawiona.
- Na wrogich Rosalie na wrogich. Do granicy mamy trzy dni drogi
- To możesz nas teleportować – zauważyłam
- Niestety nie mam sił Rosalie. Musimy iść piechotą.
- Dlaczego tylko nocami? – zapytałam go opierając się o pień wielkiego dębu. Ten spojrzał na mnie i po chwili uśmiechnął się do mnie.
- Ponieważ tak będzie bezpieczniej Mirando – prychnął
- Czekaj czekaj jak mnie nazwałeś?! – spytałam go ostro.
Po tych słowach chłopak spojrzał na mnie jak bym była nie normalna. Nie mogłam wytrzymać kolejnych minut głuchej ciszy, która panowała obecnie.
- Co się tak gapisz?! – spytałam go ostro.
- Nie mogę jeszcze uwierzyć w to co powiedziałaś - odpowiedział cicho. Westchnęłam na jego słowa.
- No to uwierz gamoniu. Zrozum, że uwierzyłam w to co powiedziałeś. Chcę się dowiedzieć więcej i pomścić śmierć rodziców – powiedziałam z dumą.
- Przypominasz mi ich trochę, ale osobiście ich nie znałem. – rzekł.
- Ile ty w ogóle masz lat?
- Mam tyle samo lat co twój przyrzeczony narzeczony – odparł na moje pytanie sucho
- Ja nie wyjdę za niego Jamesie! – warknęłam
- Jak to nie?! – spytał mnie ostro wstając szybko z ziemi i podchodząc szybko do mnie. Cofnęłam się szybko kilka kroków do tyłu. W pewnym momencie jego oczy stały się czerwone.
- Jamesie twoje oczy…są nie normalnie – szepnęłam przerażona. Wtem chłopak zaczął się uspokajać. Zamknął swoje oczy, a po chwili gdy je otworzył miały znowu normalną barwę.
- Przepraszam poniosło mnie. Moje oczy się zmieniają na czerwony gdy jestem wściekły – rzekł drapiąc się po głowie
- Ale ja mówię prawdę – powiedziałam wbijając wzrok w ziemię
- Jeśli nie wyjdziesz za ego debila znowu nastanie wojna, a tego chyba nie chcesz prawda?
- Oczywiście, że nie kuzynie. To jak zabierzesz mnie do Greenland?
- Oczywiście, ale teleportacja w dwie osoby jest trudna i zabiera mnóstwo energii. Kiedy przyjmiesz wilka, nauczysz się teleportować. – odparł. W głębi duszy wszystko już sobie zaplanowałam. Oczywiście nie wyjdę za żadnego palanta i nie przyjmę żadnego wilka.
- Na pewno dasz radę Jamesie
- Dzięki za wsparcie, ona wiele dla mnie znaczy. Naprawdę – odparł uśmiechając się.
- Bardzo się cieszę. – po moich słowach chłopak znienacka złapał mnie za nadgarstki i w pewnym czasie wylądowałam w jakiś krzakach, które miały cholernie ostre kolce. Szybko wyszłam z nich i spojrzałam na swoje porysowane ręce. Rozejrzałam się dookoła i oniemiałam. Wszędzie rosły duże drzewa, ale nigdzie nie było Jamesa.
- James gamoniu gdzie jesteś?! – zawołałam głośno.
- Tu jestem – krzyknął gdzieś z oddali. Zaczęłam iść w stronę głosu chłopaka. Gdy go zobaczyłam zaczęłam się śmiać. James właśnie wychodził z rzeki cały mokry.
- Gdzie my jesteśmy? – spytałam go wycierając łzy śmiechu, które spływały mi po twarzy.
- Jesteśmy w Greenland, a dokładniej w Akwitanii, ale nie jesteśmy na przyjaznych terenach – oznajmił mi ściągając koszulkę i wyciskając z niej wodę.
- To na jakiś jesteśmy terenach? – zapytałam go zaciekawiona.
- Na wrogich Rosalie na wrogich. Do granicy mamy trzy dni drogi
- To możesz nas teleportować – zauważyłam
- Niestety nie mam sił Rosalie. Musimy iść piechotą.
- Dlaczego tylko nocami? – zapytałam go opierając się o pień wielkiego dębu. Ten spojrzał na mnie i po chwili uśmiechnął się do mnie.
- Ponieważ tak będzie bezpieczniej Mirando – prychnął
- Czekaj czekaj jak mnie nazwałeś?! – spytałam go ostro.
Rozdział 10
Chrystian:
W pewnej chwili Ros uciekła w stronę głównych drzwi. Spojrzałem z kpiącym uśmiechem na Jamesa. Uczniowie nadal patrzeli na nas.
- I co jesteś z siebie zadowolony? – spytał mnie chłopak patrząc na mnie wrogo.
- To ty wszystko zepsułeś deblu – warknąłem. Wtem ten podszedł do mnie szybko i szepnął mi coś do ucha na co zaśmiałem się kpiąco.
- Nigdy nie wygracie – prychnął i pobiegł za Rosalie. Rozejrzałem się po korytarzy. Większość z nich patrzała na mnie z zaciekawieniem. Westchnąłem cicho i uśmiechnąłem się.
- Co się kurwa gapicie! – krzyknąłem i poszedłem w stronę wyjścia bocznego. Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu rozejrzałam się dookoła. Gdy upewniłem się, że nikt na mnie nie patrzy pobiegłem w stronę lasu, ponieważ tam pobiegła Ros i James. Gdy tak biegłem usłyszałem jak ktoś krzyczy. Na skraju polany zobaczyłem moją przyjaciółkę, która darła się na wroga. To była muzyka dla moich uszu.
- Nie wybaczaj mu – szepnąłem sobie w myślach. Po chwili zapłakana dziewczyna usiadła pod drzewem i zaczęła płakać. Obok niej usiadł James i zaczął ją pocieszać. Cholera wszytsko się zepsuło. Zaczęli oni ze sobą rozmawiać i śmiać się. Musiałem podejść bliżej ich, więc zmieniłem się w cień i podszedłem do nich bliżej, aby lepiej słyszeć ich rozmowy. W pewnym momencie on zmienił się przed nią w wilka. Na koniec ona zapytała się jego co z jej rodzicami. U… zaczęło robić się ciekawie i to cholernie.
- Tych ludzi, których uważasz za rodziców nie są nimi. Twoi rodzice nazywali się Renesmee i Tristan Drak i oni nie żyją – odpowiedział na jej pytania cicho. O dziwo bał się spojrzeć się w jej oczy. Wtem zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego. Zauważyłem na jej twarzy spływającą pojedynczą łzę. Ona zaczynała mu wierzyć i ufać.
- Dlaczego i jak zginęli? – spytała wbijając wzrok w swojego kuzyna.
- Twoi rodzice chcieli zakończyć konflikt z rodem Valdescu, więc pojechali do Mikaela IV Valdescu i jego żony Sary. Po kilku rozmowach postanowili zakończyć konflikt. Oni i najbliższe rodziny i przyjaciele obu rodów podpisali krwią pakt. Pakt zabezpieczyli zaklęciami. Jeśli ktoś zdradził umierał w męczarniach.
- Opowiadaj dalej, i co przyrzekli w tym pakcie? – chłopak podrapał się po głowie, ponieważ nie wiedział co powiedzieć.
- Jak Ci mówiłem jesteś ostatnią potomkinią głównej linii rodu Drak. Wszyscy tam postanowili, że złonczą najmocniejszą więzią oba rody
- Jaką więzią do cholery?!
- Gdy oni podpisali pakt ty miałaś dwa miesiące, a Lucjusz Valdescu półtorej roku – rzekł przechodząc do setna.
- Co ja mam z tym wspólnego? – spytała dziewczyna. Wyczułem, że byłą coraz bardziej spięta.
- Gdy ty będziesz miała siedemnaście lat, a on osiemnaście musicie związać się węzłem małżeńskim. Dzięki temu kraj na nowo połączy się i zapanuje pokój. Niestety coś się wydarzyło – uśmiechnąłem się triumfując, ale szkoda mi było Ros.
- Co się stało?! – spytała wkurwiona porządnie Ros czekając na dalszą część.
- Brat Mikaela IV był przeciwny temu paktowi. W pewnym momencie zaatakował twojego ojca. I tak się skończyło, że twoi rodzice i Lucjusz zginęli. Najlepszy przyjaciel twojego ojca, a mój tata zabrał się na ziemię – odparł. Z oczu dziewczyny poleciały łzy.
- Jamesie ja nie wiem co powiedzieć – szepnęła wyzierając łzy rękawem bluzy. Po chwili wstała z ziemi. – Musisz mnie…. Mnie tam zabrać – oznajmiła mu. Ja na te słowa szybko teleportowałem się do Akwitanii. Wylądowałem w pokoju Luc’a
- Luc ona chce tu przybyć! – oznajmiłem swojego kuzyna. Ten spojrzał na mnie jak na idiotę, ale po chwili zmienił się.
- Kiedy, gdzie i jak? – zapytał patrząc na mnie.
W pewnej chwili Ros uciekła w stronę głównych drzwi. Spojrzałem z kpiącym uśmiechem na Jamesa. Uczniowie nadal patrzeli na nas.
- I co jesteś z siebie zadowolony? – spytał mnie chłopak patrząc na mnie wrogo.
- To ty wszystko zepsułeś deblu – warknąłem. Wtem ten podszedł do mnie szybko i szepnął mi coś do ucha na co zaśmiałem się kpiąco.
- Nigdy nie wygracie – prychnął i pobiegł za Rosalie. Rozejrzałem się po korytarzy. Większość z nich patrzała na mnie z zaciekawieniem. Westchnąłem cicho i uśmiechnąłem się.
- Co się kurwa gapicie! – krzyknąłem i poszedłem w stronę wyjścia bocznego. Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu rozejrzałam się dookoła. Gdy upewniłem się, że nikt na mnie nie patrzy pobiegłem w stronę lasu, ponieważ tam pobiegła Ros i James. Gdy tak biegłem usłyszałem jak ktoś krzyczy. Na skraju polany zobaczyłem moją przyjaciółkę, która darła się na wroga. To była muzyka dla moich uszu.
- Nie wybaczaj mu – szepnąłem sobie w myślach. Po chwili zapłakana dziewczyna usiadła pod drzewem i zaczęła płakać. Obok niej usiadł James i zaczął ją pocieszać. Cholera wszytsko się zepsuło. Zaczęli oni ze sobą rozmawiać i śmiać się. Musiałem podejść bliżej ich, więc zmieniłem się w cień i podszedłem do nich bliżej, aby lepiej słyszeć ich rozmowy. W pewnym momencie on zmienił się przed nią w wilka. Na koniec ona zapytała się jego co z jej rodzicami. U… zaczęło robić się ciekawie i to cholernie.
- Tych ludzi, których uważasz za rodziców nie są nimi. Twoi rodzice nazywali się Renesmee i Tristan Drak i oni nie żyją – odpowiedział na jej pytania cicho. O dziwo bał się spojrzeć się w jej oczy. Wtem zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego. Zauważyłem na jej twarzy spływającą pojedynczą łzę. Ona zaczynała mu wierzyć i ufać.
- Dlaczego i jak zginęli? – spytała wbijając wzrok w swojego kuzyna.
- Twoi rodzice chcieli zakończyć konflikt z rodem Valdescu, więc pojechali do Mikaela IV Valdescu i jego żony Sary. Po kilku rozmowach postanowili zakończyć konflikt. Oni i najbliższe rodziny i przyjaciele obu rodów podpisali krwią pakt. Pakt zabezpieczyli zaklęciami. Jeśli ktoś zdradził umierał w męczarniach.
- Opowiadaj dalej, i co przyrzekli w tym pakcie? – chłopak podrapał się po głowie, ponieważ nie wiedział co powiedzieć.
- Jak Ci mówiłem jesteś ostatnią potomkinią głównej linii rodu Drak. Wszyscy tam postanowili, że złonczą najmocniejszą więzią oba rody
- Jaką więzią do cholery?!
- Gdy oni podpisali pakt ty miałaś dwa miesiące, a Lucjusz Valdescu półtorej roku – rzekł przechodząc do setna.
- Co ja mam z tym wspólnego? – spytała dziewczyna. Wyczułem, że byłą coraz bardziej spięta.
- Gdy ty będziesz miała siedemnaście lat, a on osiemnaście musicie związać się węzłem małżeńskim. Dzięki temu kraj na nowo połączy się i zapanuje pokój. Niestety coś się wydarzyło – uśmiechnąłem się triumfując, ale szkoda mi było Ros.
- Co się stało?! – spytała wkurwiona porządnie Ros czekając na dalszą część.
- Brat Mikaela IV był przeciwny temu paktowi. W pewnym momencie zaatakował twojego ojca. I tak się skończyło, że twoi rodzice i Lucjusz zginęli. Najlepszy przyjaciel twojego ojca, a mój tata zabrał się na ziemię – odparł. Z oczu dziewczyny poleciały łzy.
- Jamesie ja nie wiem co powiedzieć – szepnęła wyzierając łzy rękawem bluzy. Po chwili wstała z ziemi. – Musisz mnie…. Mnie tam zabrać – oznajmiła mu. Ja na te słowa szybko teleportowałem się do Akwitanii. Wylądowałem w pokoju Luc’a
- Luc ona chce tu przybyć! – oznajmiłem swojego kuzyna. Ten spojrzał na mnie jak na idiotę, ale po chwili zmienił się.
- Kiedy, gdzie i jak? – zapytał patrząc na mnie.
Rozdział 9
James:
Spojrzałem na zadowoloną Rosalie, która bawiła się nie wielkim płomieniem. Śmiałem się razem z nią. W pewnej chwili w myślach wezwałem powietrze i rozkazałem ugasić mu płomień dziewczyny. Ten od razu to zrobił.
- Ej, co się stało? – spytała zdziwiona. Ja wbiłem wzrok w drzewo i zacząłem się śmiać. – To twoja sprawa
- Wcale nie. Nie czujesz, ze jest wiatr – palnąłem patrząc kątem oka na nią.
- To ty Jamesie i nie pal głupa
- Oj no dobre panuję nad powietrzem – przyznałem się.
- Bardzo ciekawe – odparła i zaczęła nad czymś myśleć intensywnie. I tak siedzieliśmy w ciszy, a nie chciałem przeszkadzać swojej kuzynce. Ale po upływie kilku minut nudziło mi się okropnie. Gdy spojrzałem na Ros ona wbijała swój wzrok w ziemię. Szczerze nigdy nie widziałem osoby, która by się tak zamyśliła jak ona. Klepnąłem ją delikatnie w ramię. Od razu zamuliła.
- O czym tak intensywnie myślisz? – spytałem ją zaciekawiony
- Zaczynam Ci wierzyć – odpowiedziała szybko patrząc mi prosto w oczy. Zdziwiłem się na jej słowa, a zarazem ucieszyłem.
- Na serio mi wierzysz? – zapytałem ją nie dowierzając nadal
- Serio serio – odpowiedziała bawiąc się swoimi dłońmi. – Mam małe pytanie
- Wal śmiało
- Jeśli pochodzę z twojej krainy, to czy moi rodzice tu nie są nimi? Czy ci tutaj są podstawieni? Jeśli tak czy mam rodziców? Czy oni żyją? – dziewczyna zadała mi mnóstwo pytań na, które nie chciałem odpowiadać, ponieważ obawiałem się ich.
Spojrzałem na zadowoloną Rosalie, która bawiła się nie wielkim płomieniem. Śmiałem się razem z nią. W pewnej chwili w myślach wezwałem powietrze i rozkazałem ugasić mu płomień dziewczyny. Ten od razu to zrobił.
- Ej, co się stało? – spytała zdziwiona. Ja wbiłem wzrok w drzewo i zacząłem się śmiać. – To twoja sprawa
- Wcale nie. Nie czujesz, ze jest wiatr – palnąłem patrząc kątem oka na nią.
- To ty Jamesie i nie pal głupa
- Oj no dobre panuję nad powietrzem – przyznałem się.
- Bardzo ciekawe – odparła i zaczęła nad czymś myśleć intensywnie. I tak siedzieliśmy w ciszy, a nie chciałem przeszkadzać swojej kuzynce. Ale po upływie kilku minut nudziło mi się okropnie. Gdy spojrzałem na Ros ona wbijała swój wzrok w ziemię. Szczerze nigdy nie widziałem osoby, która by się tak zamyśliła jak ona. Klepnąłem ją delikatnie w ramię. Od razu zamuliła.
- O czym tak intensywnie myślisz? – spytałem ją zaciekawiony
- Zaczynam Ci wierzyć – odpowiedziała szybko patrząc mi prosto w oczy. Zdziwiłem się na jej słowa, a zarazem ucieszyłem.
- Na serio mi wierzysz? – zapytałem ją nie dowierzając nadal
- Serio serio – odpowiedziała bawiąc się swoimi dłońmi. – Mam małe pytanie
- Wal śmiało
- Jeśli pochodzę z twojej krainy, to czy moi rodzice tu nie są nimi? Czy ci tutaj są podstawieni? Jeśli tak czy mam rodziców? Czy oni żyją? – dziewczyna zadała mi mnóstwo pytań na, które nie chciałem odpowiadać, ponieważ obawiałem się ich.
niedziela, 19 kwietnia 2015
Rozdział 8
Popatrzałam na Jamesa wrogo. Myślał on sobie, że pozwolę mu krzyczeć na swojego przyjaciela.
- Rosalie jak byś mnie wczoraj wysłuchała… - zaczął mówić coś James, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Lecz się – warknęłam z dumą. Uczniowie idący przez hol zaczęli się na nas patrzeć. Mi to wcale nie przeszkadzało. W pewnej chwili usłyszałam ich szepty. We mnie kipiała złość. Wtem poczułam zapach dymu, czym się zdziwiłam. Chłopak, który wbijał we mnie wzrok w pewnym momencie krzyknął. Był to krzyk bólu, ponieważ bluza na ramieniu zaczęła się palić.
- O Boże – szepnęłam przerażona. Powoli zaczęłam cofać się do tyłu. Christian patrzał na mnie ze zdziwieniem, ale jego warzy zagościł uśmiech. Szybko odwróciłam się i zaczęłam biec w stronę głównego wyjścia. Gdy wybiegłam ze szkoły moją twarz owiał ciepły, lekki wiaterek. Szybko rozejrzałam się dookoła i mój wzrok padł na gęsty las rosnący nie daleko szkoły. Bez zastanowienia pobiegłam w jego stronę. Biegłam prosto przed siebie. Po trzydziestu minutach znalazłam się na niewielkiej polanie. Usiadłam na pniu zwalonego drzewa i schowałam twarz w swoich dłoniach. Gdy płakałam poczułam czyś dotyk na moim ramieniu. Automatycznie zerwałam się z miejsca i spojrzałam się na obcego, który zakłócił mi spokój. OD razu poznałam kto to był. Był to James, którego prawie podpaliłam. – Proszę odejdź – szepnęłam z udawaną dumą w głosie. Chłopak nie posłuchał mnie i omijając pień drzewa podszedł do mnie. Wiedziałam, że James czuje mój smutek.
- Ej… Ros spokojnie – powiedział cicho patrząc na mnie bacznie. Z oczu poleciały mi łzy. Oparłam się o najbliższe drzewo i zjechałam na ziemię. Schowałam swoją twarz jak przedtem w swoje dłonie. Nie mogłam na niego patrzeć. Uświadomiłam sobie właśnie, że mogłam go zabić.
- Przepraszam nie panuję nad tym – rzekłam łkając. Poczułam, że chłopak siada obok mnie.
- Wybaczam Ci Ros. Nie potrafię się długo gniewać na swoich przyjaciół, ale proszę wysłuchaj mnie – poprosił pocieszając mnie. Spojrzałam na twarz chłopaka i się zdziwiłam. Na jego bladej twarzy widniał uśmiech. Po chwili na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Dobrze wysłucham Cię, ponieważ ze mną coś się dzieje
- Co takiego – spytał mnie zaciekawiony.
Wczoraj zaatakował mnie największy wilk jakiego widziałam. Gdy się wywaliłam w myślach prosiłam o pomoc i w pewnym momencie wokół wilka zapalił się krąg ognia. W pewnym momencie znikł, ale wiem, że nie przeskoczył płomieni – powiedziałam powoli wszystko Jamesowi. – Dzisiaj zauważyłam, że Christian ma poparzony bark, a wilk się też poparzył, ponieważ słyszałam skomlenie.
- Rosalie nie będę cię oszukiwał. Ten wilk to był Christian i znam go dłużej niż ty – odparł z dumą James.
- Na serio do znasz – spytałam go z nie dowierzaniem.
- Ok zaczynamy rozmowę. – powiadomił mnie.
- No ok. to mów.
- Rosalie jak byś mnie wczoraj wysłuchała… - zaczął mówić coś James, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Lecz się – warknęłam z dumą. Uczniowie idący przez hol zaczęli się na nas patrzeć. Mi to wcale nie przeszkadzało. W pewnej chwili usłyszałam ich szepty. We mnie kipiała złość. Wtem poczułam zapach dymu, czym się zdziwiłam. Chłopak, który wbijał we mnie wzrok w pewnym momencie krzyknął. Był to krzyk bólu, ponieważ bluza na ramieniu zaczęła się palić.
- O Boże – szepnęłam przerażona. Powoli zaczęłam cofać się do tyłu. Christian patrzał na mnie ze zdziwieniem, ale jego warzy zagościł uśmiech. Szybko odwróciłam się i zaczęłam biec w stronę głównego wyjścia. Gdy wybiegłam ze szkoły moją twarz owiał ciepły, lekki wiaterek. Szybko rozejrzałam się dookoła i mój wzrok padł na gęsty las rosnący nie daleko szkoły. Bez zastanowienia pobiegłam w jego stronę. Biegłam prosto przed siebie. Po trzydziestu minutach znalazłam się na niewielkiej polanie. Usiadłam na pniu zwalonego drzewa i schowałam twarz w swoich dłoniach. Gdy płakałam poczułam czyś dotyk na moim ramieniu. Automatycznie zerwałam się z miejsca i spojrzałam się na obcego, który zakłócił mi spokój. OD razu poznałam kto to był. Był to James, którego prawie podpaliłam. – Proszę odejdź – szepnęłam z udawaną dumą w głosie. Chłopak nie posłuchał mnie i omijając pień drzewa podszedł do mnie. Wiedziałam, że James czuje mój smutek.
- Ej… Ros spokojnie – powiedział cicho patrząc na mnie bacznie. Z oczu poleciały mi łzy. Oparłam się o najbliższe drzewo i zjechałam na ziemię. Schowałam swoją twarz jak przedtem w swoje dłonie. Nie mogłam na niego patrzeć. Uświadomiłam sobie właśnie, że mogłam go zabić.
- Przepraszam nie panuję nad tym – rzekłam łkając. Poczułam, że chłopak siada obok mnie.
- Wybaczam Ci Ros. Nie potrafię się długo gniewać na swoich przyjaciół, ale proszę wysłuchaj mnie – poprosił pocieszając mnie. Spojrzałam na twarz chłopaka i się zdziwiłam. Na jego bladej twarzy widniał uśmiech. Po chwili na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Dobrze wysłucham Cię, ponieważ ze mną coś się dzieje
- Co takiego – spytał mnie zaciekawiony.
Wczoraj zaatakował mnie największy wilk jakiego widziałam. Gdy się wywaliłam w myślach prosiłam o pomoc i w pewnym momencie wokół wilka zapalił się krąg ognia. W pewnym momencie znikł, ale wiem, że nie przeskoczył płomieni – powiedziałam powoli wszystko Jamesowi. – Dzisiaj zauważyłam, że Christian ma poparzony bark, a wilk się też poparzył, ponieważ słyszałam skomlenie.
- Rosalie nie będę cię oszukiwał. Ten wilk to był Christian i znam go dłużej niż ty – odparł z dumą James.
- Na serio do znasz – spytałam go z nie dowierzaniem.
- Ok zaczynamy rozmowę. – powiadomił mnie.
- No ok. to mów.
- No więc pochodzę z krainy Greenland, a dokładniej z państwa, który nazywa się Akwitania. Kiedyś całym państwem rządził twój przodek Dariusz I Drak. Jego najlepszym przyjacielem i drugim najważniejszym człowiekiem w kraju był Mikael I z rodu Valdescu – powiedział z dumą James zaczynając opowiadać – Byli najlepszymi przyjaciółmi jednak pewnego dnia wszystko się zepsuło. Mikael chciał czegoś więcej dla swojego rodu. Zbuntował większość rodów i tak wybuchł bunt przeciw Drakom. Wybuchła wojna, w której tysiące ludzi straciło życie. Dobrze, że nie zbuntował innych krajów. I tak nasza ojczyzna podzieliła się na dwie części, a Drakowie nie są już tak potężni.
- O Boże – szepnęłam głośno patrząc na chłopaka. – A co z wilkami?
- A no właśnie. Wszyscy mieszkańcy zmieniają się w wilki po skończeniu piętnastu lat następuje pierwsza przemiana. Jeśli tego nie zrobią po ukończeniu szesnastu lat w pewnej chwili co jakiś czas będzie człowieka przeszywał ból w czaszce, który z dnia nadzień zwiększa się. I po roku zamiera.
- Czyli jak pochodzę z tej krainy to tez mogę się zmienić w wilka – spytałam go dodając – Tylko, ,że ja już mam szesnaście lat.
- Dawno nie byłaś w Akwitanii, więc wilk twój jakby jest w uśpieniu. Gdy wrócisz do krainy stopniowo zacznie się w tobie przebudzać.
- A na ziemi potraficie przemieniać się w wilki – zapytałam zaciekawiona.
- No pewnie – odparł i wstał ze ziemi, na której siedział razem ze mną. Odszedł kilka kroków i nim się spojrzałam przede mną stał piękny, szary wilk. Po chwili James w formie wilka podszedł do mnie i polizał mnie w prawy policzek. Zaśmiałam się i pogłaskałam go po głowie.
- Masz miękkie i fajnie futro – szepnęłam przytulając się do niego.
- Nie muszę się chwalić, ale wiem to – pochwalił się zmieniając się powrotem w człowieka. Z powrotem usiadł obok mnie na ziemi.
- A co z mocami?
- Każdy ma kilka mocy. Oczywiście nie tylko panowanie nad żywiołami. Ty panujesz nad ogniem. – zauważył.
- Tak – powiedziałam stanowczo i wyciągnęłam dłoń, w której zapaliła się mała pochodnia.
- Panujesz nad tym – oznajmił zadowolony.
- Sama się nauczyłam – pochwaliłam się śmiejąc się przy tym.
- A wiesz, ze jestem twoim kuzynem?
- Nie miałam o tym pojęcia – powiedziałam zdziwiona szybko patrzac na niego.
- Twoja matka była siostra mojego ojca.
- Teraz rozumiem kuzynie – rzekłam bawiąc się ogniem.
Rozdział 6
James:
Nie chciało mi się dzisiaj iść do szkoły. Wszystko przez tą cholerną kłótnię z Rosalie. Źle wyobraziłem sobie tę rozmowę z nią. Po wejściu do szkoły skierowałem się w stronę swojej szafli, gdzie postanowiłem czekać na dziewczynę. Musiałem z nią porozmawiać. Gdy czekałem oparty o szafki podeszła do mnie nie znana mi dziewczyna. Szybko nawiązałem z nią kontakt i zacząłem z nią rozmawiać. W pewnej chwili poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Gdy spojrzałem w lewo zobaczyłem Ros, która patrzała się na mnie. Po kilku sekundach odeszła do swojej szafki z obojętną miną. Westchnąłem cicho. W pewnej chwili do niej podszedł Chrystian. Moje mięśnie momentalnie spięły się. Miałem już serdecznie dość tego porąbanego chłopaka. Był moim wrogiem. Nie raz w ojczyźnie stawałem z nim do walki, ale tylko raz wygrałem. W pewnym momencie on pocałował ją. Wszystko się we mnie zagotowało. Pożegnałem się z dziewczyna ( Annabeth tak miała na imię ) i poszedłem czym prędzej w ich stronę. Odciągnąłem dziewczynę do Chrisa.- Zostaw ją – warknąłem patrząc prosto w oczy chłopakowi. Ten uśmiechnął się wrogo.
- Czego chcesz nowy – spytał mnie.
- Zostaw ją rozumiesz! Nie skrzywdzisz jej – krzyknąłem popychając go na szafki. W pewnej chwili Christian szybko się podniósł i przywalił mi w brzuch.
- Dosyć – krzyknęła w pewnej chwili władczo Rosalie. Ja i wróg spojrzeliśmy na nią. Na jej twarzy widniała dumna mina. Szybko stanęła pomiędzy nami.
- Odejdź – powiedział spokojnie Chris do nie. – To sprawa między mną a nim.
- Ma on rację – prychnąłem.
- Zostaw mojego przyjaciela idioto! – krzyknęła do mnie czym się zdziwiłem.
Rozdział 5
- Co do cholery – zapytałam sama siebie. Ogień nadal się
palił, a ja nie wiedziałam co zrobić. Musiałam go jakoś zgasić – Ehh… zgaśnij –
pomyślałam i wtem nie oczekiwanie ogień zgasł. Szybko wstałam ze ziemi i
pobiegłam czym prędzej do domu. Od razu zamknęłam wszystkie drzwi i okna.
Skierowałam się w stronę schodów, które prowadziły do mojego pokoju. Poszłam do
swojej łazienki i odkręciłam wodę, która zaczęła stopniowo napełniać wannę.
Dolałam do wody lawendowy płyn, który ukajał moje nerwy. Wzięłam długą,
odprężającą kąpiel. Następnie przebrałam się i usiadłam na swoim łóżku.
Złożyłam swoje ręce i patrzałam na nie. – Zapal się – szepnęłam i wtem w moich
dłoniach zapalił się ogień, który nie parzył moich rąk. Zdziwiłam się tym
bardzo. Będę musiała koniecznie o tym powiedzieć Taylor. Wtem przyszło mi do
głowy, że moja przyjaciółka nie była w szkole. Sięgnęłam szybko do swojej
torby, aby wyciągnąć z niego swój telefon. Wybrałam numer koleżanki i czekałam
aż odbierze. Niestety nie doczekałam się. Po dwóch razach dałam za wygraną.
Przez kilka następnych minut bawiłam się moją nową, lecz dziwną zdolnością.
Następnie odrobiłam szybko lekcje i sięgnęłam po swój nowy, biały laptop. Razem
z nim usiadłam na łóżku. Weszłam na Facebooka, na którym się nic ciekawego nie
działo. Wpisałam w przeglądarkę o
panowaniu nad ogniem. Nic niestety ciekawego nie znalazłam, ponieważ to same
bajki. Musiałam nauczyć się panować nad swoją nowa zdolnością. Gdy było po
dwudziestej drugiej położyłam się spać. Rano obudził mnie budzik. Usiadłam na
łóżku przecierając zaspane jeszcze oczy. Na szczęście nie śniły mi się koszmary
jak zwykle. Otworzyłam okno i okazało się, ze dzień jest wręcz upalny. Ubrałam
na siebie niebieskie shorty, szarą bokserkę i długa koszulę w kratę. Na nogi
włożyłam swoje czarne Conwersy. Długie, czarne włosy spięłam w warkocza, który
opadał mi na lewy bark. Wzięłam torbę i zeszłam po cichu na dół. Skierowałam się w stronę kuchni. Szybko
zaparzyłam sobie mocną kawę. Po śniadaniu wzięłam z szafki kluczyki do swojego
samochodu. W domu panowała grobowa cisza. Moja mama wróciła dzisiaj nad ranem.
Poszłam do garażu. Wsiadłam do swojego BMW i założyłam na oczy okulary
przeciwsłoneczne. Torbę rzuciłam na miejsce pasażera. Droga do szkoły ciągnęła
się w nieskończoność. Zajęłam ostatnie wolne miejsce na parkingu w zacienionym
miejscu. Gdy weszłam do szkoły zobaczyłam Jamesa, który rozmawiał z nie znaną
mi dziewczyną. Gdy spojrzał na mnie spiorunowałam go wzrokiem i obojętnie
poszłam w stronę swojej szafki. Gdy wkładałam do niej nie potrzebne książki
poczułam, że ktoś stoi obok nie. Spojrzałam na tą osobę i uśmiechnęłam się.
Ściągnęłam okulary, które powiesiłam na swojej bluzce.
- Hej Ros, czemu nie zadzwoniłaś – spytał mnie Chris
uśmiechając się.
- Przepraszam kompletnie zapomniałam – odpowiedziałam
zakłopotana. W pewnej chwili zobaczyłam przez jego koszulkę jakieś wielkie rany
na ramieniu. Chłopak zauważył, że się na niego patrzę.
- Co się tak patrzysz?
- Masz poparzone ramie – zauważyłam podchodząc do chłopaka.
- E… wiem oparzyłem się wczoraj, ale mnie nie boli – odparł.
Gdy chciałam coś powiedzieć Christian pocałował mnie. Kompletnie zdziwiona
odwzajemniłam pocałunek. Mój przyjaciel ujął swoimi dłońmi delikatnie moją
twarz. Wtem poczułam jak ktoś odciąga mnie do tyłu…
Rozdział 4
Chrystian:
W pewnej chwili wokół mnie zapalił się ogień. Zdziwiony spojrzałem na dziewczynę. Jednak to ona. Myślałem, że uda mi się dzisiaj ją zabrać do ojczyzny, ale bardzo się myliłem. Dowiedziałem się bardzo ważnych rzeczy tego dnia. Wtem ogień dotknął mojego ramienia. Jeszcze raz spojrzałem na Ros i teleportowałem się do krainy. Wylądowałem w krzakach blisko granicy z terenami wrogów. Przemieniłem się w swoją ludzką postać i zacząłem oglądać swoje ciało. Miałem poparzone ramie i nogę. Teleportowałem się do głównej twierdzy mojego rodu. Przed drzwiami głównymi stało dwóch wartowników.
- Czego tu szukasz – spytał mnie jeden z nich. Spojrzałem na niego groźnie.
- Jestem Chrystian Valdescu psie i jestem kuzynem panicza Lucjusz! Radzę Ci się tak do mnie nie odzywać, bo pożałujesz– warknąłem. Ci dwaj wyprostowali się i otworzyli wrota. Wszedłem z dumą do wielkiego holu. Skierowałem się do apartamentów mojego kuzyna. Gdy tam wszedłem Luc stał przy oknie patrząc na wielki ogród. Usiadłem na wielkim fotelu.
- Nie ładnie wchodzić bez pukania – powiedział odwracając się do mnie. Na jego bladej warzy gościł uśmiech.
- Znalazłem ją Luc – odpowiedziałem.
- Co Ci się stało?
- Twoja przyrzeczona zażyczona podpaliła mnie prawie – warknąłem przez zęby.
- A jednak moce zaczynają się odzywać – odparł siadając naprzeciwko mnie.
- Zgadza się Luc, ale mamy małą przeszkodę.
- Jaką znowu – spytał mnie.
- Nasz wróg też postanowił ją znaleźć
- Nie możemy do tego dopuścić – krzyknął Lucjusz wstając. Na koniec walną pięścią w stół. – Nasz ją sprowadzić przed nimi
- Jak sobie życzysz – powiedziałem i wyszedłem z salony kuzyna. Musiałem doprowadzić się do porządku i wrócić na ziemię.
W pewnej chwili wokół mnie zapalił się ogień. Zdziwiony spojrzałem na dziewczynę. Jednak to ona. Myślałem, że uda mi się dzisiaj ją zabrać do ojczyzny, ale bardzo się myliłem. Dowiedziałem się bardzo ważnych rzeczy tego dnia. Wtem ogień dotknął mojego ramienia. Jeszcze raz spojrzałem na Ros i teleportowałem się do krainy. Wylądowałem w krzakach blisko granicy z terenami wrogów. Przemieniłem się w swoją ludzką postać i zacząłem oglądać swoje ciało. Miałem poparzone ramie i nogę. Teleportowałem się do głównej twierdzy mojego rodu. Przed drzwiami głównymi stało dwóch wartowników.
- Czego tu szukasz – spytał mnie jeden z nich. Spojrzałem na niego groźnie.
- Jestem Chrystian Valdescu psie i jestem kuzynem panicza Lucjusz! Radzę Ci się tak do mnie nie odzywać, bo pożałujesz– warknąłem. Ci dwaj wyprostowali się i otworzyli wrota. Wszedłem z dumą do wielkiego holu. Skierowałem się do apartamentów mojego kuzyna. Gdy tam wszedłem Luc stał przy oknie patrząc na wielki ogród. Usiadłem na wielkim fotelu.
- Nie ładnie wchodzić bez pukania – powiedział odwracając się do mnie. Na jego bladej warzy gościł uśmiech.
- Znalazłem ją Luc – odpowiedziałem.
- Co Ci się stało?
- Twoja przyrzeczona zażyczona podpaliła mnie prawie – warknąłem przez zęby.
- A jednak moce zaczynają się odzywać – odparł siadając naprzeciwko mnie.
- Zgadza się Luc, ale mamy małą przeszkodę.
- Jaką znowu – spytał mnie.
- Nasz wróg też postanowił ją znaleźć
- Nie możemy do tego dopuścić – krzyknął Lucjusz wstając. Na koniec walną pięścią w stół. – Nasz ją sprowadzić przed nimi
- Jak sobie życzysz – powiedziałem i wyszedłem z salony kuzyna. Musiałem doprowadzić się do porządku i wrócić na ziemię.
sobota, 4 kwietnia 2015
Rozdział III
Chłopak
spojrzał na mnie . Myślałam, że się na mnie obraził, ale po chwili uśmiechnął
się.
-
Nic się nie stało. Jesteś po prostu wkurzona, że musisz się mnie wprowadzić w
mury szkoły. –powiedział do mnie szczerze.
-
Dzięki, teraz masz fizykę a ja biologię. Ale nie martw się jak będzie dwie
minuty przed końcem lekcji to przyjdę pod twoją klasę. – oznajmiłam wychodząc z
klasy. Szliśmy w ciszy, a na nowego ucznia patrzyli inni uczniowie. Czułam się jakoś
nie swojo.
-
Rosalie, a może dzisiaj pójdziemy omówić plan projektu?- zapytał a ja nie
wiedziałam co powiedzieć. W końcu Taylor zaproponowała mi kawę.
-
No mam wolne po szkole.
-
No to jesteśmy umówieni?
-
Tak. – powiedziałam patrząc się przed siebie. Wtem na końcu korytarza
zobaczyłam swojego przyjaciela Chrisa, który rozmawiał z kolegom z drużyny.
Chris był ode mnie o rok starszy, ale normalnie dogadywaliśmy się. Gdy mnie
zobaczył powiedział coś do swojego przyjaciela, który skierował się w stronę
Sali od fizyki.
-
Ros!- krzyknął do mnie, a ja podeszłam do niego razem z Jamesem.
-
I jak sprawdzian? – zapytał uśmiechając się do mnie.
-
Nie było nauczycielki, bo się rozchorowała.
-
A cha … - nie dokończył zdania, ponieważ zobaczył nowego ucznia.
-
Poznaj nowego ucznia Jamesa Starka. Będzie chodził ze mną do klasy.
-
Miło mi Cię poznać – powiedział Christian oschle. – Rosalie mogę z tobą pogadać
na osobności?
-
Rosalie będę czekał niedaleko. – powiedział James odchodząc. Spojrzałam szybko
na przyjaciela, który uśmiechnął się do nie.
-
Ros czy masz palny na wieczór w sobotę? – zapytał chłopak patrząc w moje szare
oczy. Bardzo zdziwiłam się jego pytaniem. Myślałam, że bardziej lubi Taylor niż
mnie. Pasowali do siebie.
-
Nie mam, a co? – zapytałam zaciekawiona. Czekałam kilka chwil na odpowiedź.
Widziałam po przyjacielu, że jest spięty. – No mów, bo nam przerwy nie starczy.
-
Pomyślałem, że może pójdziemy do kina na jakiś film. – powiedział szybko.
Zdziwiłam się bardzo, że mój przyjaciel o takie coś zapytał. Widać, że jeszcze
do dobrze nie znałam.
-
Ok nie ma sprawy pójdę z tobą. – odparłam szczerze do przyjaciela. Widać było
po nim, że się rozluźnił. – Mam małe pytanie.
-
No to pytaj Rosalie.
-
Myślałam, że podoba Ci się Taylor a nie ja. – powiedziałam powoli robiąc się
cała czerwona. Chłopak zaczął się śmieć.
-
Na początku tak było, że ona mi się spodobała, bo ją lepiej poznałem. Ale przy
tobie inaczej się czuje Ros.
-
Na serio tak jest? – zapytałam całkowicie zaskoczona odpowiedzią Christiana.
-
No ta, ale wiesz Taylor kreci z Bastien’em.
-
A ona mi nic nie powiedziałam a niby jest moją przyjaciółką. – powiedziałam
smutno. Po chwili zadzwonił dzwonek na
lekcje. Akurat teraz, gdy poznałam nowe fakty. – Zadzwoń do mnie wieczorem ok.
-
Ok., to do wieczora! – krzyknął biegnąc na lekcje. Spojrzałam na Jamesa, który
podszedł do mnie.
-
Idź do tej klasy. – powiedziałam zaprowadzając go do drzwi. Szybko pobiegłam na
biologię. W sumie miałam jeszcze cztery lekcje. Do domu miałam wracać o
czternastej, ale umówiłam się na kawę z nowym uczniem. Wolnym krokiem wyszłam
ze szkoły i poszłam do najbliższej i dobrze znanej mi kawiarni. Wtem
popatrzałam na niebo, po którym zaczęły płynąć ciemne deszczowe chmury. Jeszcze
tego brakowało. – powiedziałam sobie w myślach. Przez okno zobaczyłam
siedzącego Jamesa, który czytał książkę.
Rozdział II
Stałam jak posąg i nie wiedziałam
ci mam robić. Zakłopotany Christian lekko uderzył mnie w ramię, ale ja nadal
stałam jak wryta.
- Rosalie, co jest? – zapytał
mnie opiekuńczo. Szybko się poruszyłam patrząc w oczy przyjaciela.
- Nic mi nie jest. – skłamałam
poprawiając torbę, która ześlizgnęła mi się z ramienia.
- Na pewno, jak co to mów. –
powiedział łapiąc mnie za rękę a ja się zarumieniłam. – Idziemy do szkoły.
- Tak, bo się spóźnimy. –
powiedziałam i szybko poszłam za Christianem. Byłam wdzięczna przyjacielowi za
jego reakcję. Dobrze, że był razem ze mną.
***
Po kilku chwilach od całego
zajścia siedziała już w ławce. Cała moja klasa dowiedziała się, że nauczycielka
Chemii rozchorowała się i będą mieć Historie. Niestety ja sama siedziałam w
ławce, ponieważ Taylor jeszcze nie przyjechała.
- Witam szanowną klasę, jak już
wiecie pani Anderson zachorowała i nie będzie jej cały tydzień. Dzisiaj
będziecie mieć historię. Dzisiaj testu z
chemii nie będzie, ale się nie cieszcie będzie on w następny piątek. Na
dzisiejszej lekcji zaczniecie pracować nad projektem w parach. Tak jak
siedzicie w ławce. – powiedziała nauczycielka od historii. Wtem do klasy wszedł
dyrektor szkoły i zaczął rozmawiać z nauczycielkom. Po kilku chwilach dyrektor
Redbird przemówił.
- Drodzy uczniowie wasza klasa
się powiększy o jednego ucznia! – powiedział z dumą dyrektor a cała klasa
zaczęła po cichu dyskutować. Tylko ja siedziałam cicho, bo nie miałam z kim
pogadać. Wtem do klasy wszedł ten chłopak, którego widziałam przed szkołom.
- Droga klaso poznajcie Jamesa
Starka i taktujcie go jak waszego przyjaciela. – powiedziała głośno pani
Montgomery. Chłopak stanął na środku klasy i się uśmiechnął. Moim zdanie miał
ładny uśmiech. Jessica i jej „ damy dworu’’ zaczęły chichotać zresztą jak inne
dziewczyny. – Chyba tylko ja jestem normalna. – powiedziałam sobie w myślach
pisząc coś w zeszycie, ale wtem usłyszałam jak dyrektor mówi do chłopaka.
- Jamesie przez cały ten tydzień
będzie się tobą zajmować Rosalie Jeakson. – na te słowa spojrzałam
przestraszona na dyrektora. Wiedźma Jessica i cała klasa przestali przeżywać.
- Ale…ja… - chciałam powiedzieć
co myślę o tym pomysłem, ale przerwała nam wychowawczyni.
- Żadne, ale ty się do tego
najbardziej nadajesz Rosalie. – powiedziała pani Montgomery.
- No dobrze. – westchnęłam
siadając prosto na krześle.
- Wspaniale! Jamesie usiądź do
Rosalie. Będziesz z nią siedzieć na każdej Historii.
- Proszę pani, ale ja siedzę z
Taylor i…
- Już postanowione. – powiedział
dyrektor wychodząc z klasy. Chłopak usiadł obok mnie. Ja odwróciłam się i
udawałam, że czytam notatkę z poprzedniej lekcji. Wtem wychowawczyni napisała
na tablicy temat.
- Każda para teraz wylosuje temat
projektu. Na przygotowanie projektu macie całe dwa tygodnie. – powiedziała
wyciągając z biurka metalową miseczkę w której były poskładanie karteczki. –
Zaczniemy od Rosalie i Jamesa.
- Ale ja miałam robić projekt z
Ta…
- Losuj Rosalie i nie gadaj. –
powiedziała złośliwie nauczycielka.
- Niech nowy losuje. – bąknęłam
przepisując temat do zeszytu. Chłopka sięgnął do miseczki i wziął kartkę. Nie
miałam zamiaru na niego patrzeć. Wtem poczułam lekkie pukanie w ramię.
Spojrzałam szybko w tamtą stronę.
-
Mamy przygotować projekt o Państwie Króla Artura. – powiedział
uśmiechając się. Ja nic nie powiedziałam tylko skinęłam głową. Zaczęłam udawać,
że coś szukam w podręczniku. Po dziesięciu minutach zadzwonił dzwonek. Szybko
się spakowałam i skierowałam się w stronę drzwi. I zapomniałam, że miałam „
opiekować’’ nowym uczniem.
- Przepraszam. – powiedziałam
podchodząc do niego.
Rozdział I
-
Rosalie wstawaj! – krzyknęła głośno mama córkę z kuchni. Wystawiłam głowę spod
kołdry
i spojrzałam na budzik, który
wskazywał 6:45. Taylor miała przyjechać po mnie jak zawsze o 7.45, więc nie
musiałam się śpieszyć. Ściągnęłam kołdrę z ramion i przewróciłam się na plecy
patrząc na sufit. Zawsze robiłam tak budząc się rano. I rozmyślając jak będzie
wyglądał jej dzień. Równo o siódmej wygramoliłam się z łóżka i poszłam wziąć
porządny prysznic. Po porannej toalecie ubrałam obcisłe jeansy, biały top z
wieżą Efflie i na to czarną bluzę. Na nogi włożyłam nowe szare trampki
sięgające jej do kostek. Swoje piękne blond włosy spięłam w koński ogon.
Zabrawszy torbę z książkami zeszłam na dół i skierowałam się prosto do kuchni.
W kuchni zastałam swoją mamę, która jak zawsze o tej porze zaczynała szykować
się do pracy.
-
Dzień Dobry. – powiedziała mama z entuzjazmem do mnie stawiając na stole kawę i
tosty z serem. Ziewnęłam i przytaknęłam ruchem głowy.
-
Hej mamo. – powiedziałam siadając na krześle
i upijając łyk ciepłej kawy.
-
Wyspałaś się? – zapytała kobieta siadając naprzeciwko mnie i.
-
Nie, do dwudziestej trzeciej uczyłam się do testy z Historii i Chemii. –
powiedziałam gryząc kawałek tosta.
-
I nauczyłaś się?
-
Historię tak, ale z chemii nie do końca. – powiedziałam patrząc na matkę i
uśmiechając się lekko.
-
I tak masz bardzo dobre oceny Rosalie. Nie martw się ten test z chemii tez
pójdzie Ci dobrze.
-
Przecież wiem, dla mnie to żadna nowość, ze dostanę pozytywną ocenę.
–powiedziawszy to zjadłam ostatni kawałek tosta i dopiłam do końca swoją kawę.
W kuchni zapadła głucha cisza, której nie mogłam znieść. Wtem w mojej torbie zaczął
brzęczeć telefon.
-
Przepraszam to pewnie Taylor. – powiedziawszy to wyciągnęłam z torby telefon. Nie
miliłam się kto przysłał mi wiadomość. Do mnie napisała moja koleżanka, którą znałam
od dzieciństwa.
***
Hej
Ros!
Bardzo
Cię przepraszam dzisiaj nie przyjadę po ciebie, ponieważ wypadło mi coś. Nie
będzie mnie na dwóch pierwszych lekcjach. Może po szkole pójdziemy na kawę?
Spotkamy się w szkole jeszcze raz przepraszam.
***
-
Po prostu świetnie. – powiedziałam gniewnie wstając z krzesła pędząc do
korytarza.
-
Co się stało? – zapytała opiekuńczo kobieta.
-
Tylor coś wypadło i musze jechać autobusem. –szybko ubrałam cienki granatowy
płaszcz i szybko wybiegłam z domu. Do przyjazdu autobusu zostało mi cztery
minuty a do przystanku nie miałam tak blisko. Na szczęście szybko biegałam i w
ciągu trzech minut znalazłam się na przystanku. Akurat za zakrętem pojawił się
autobus. Szybko poprawiłam swoje włosy. Autobus stanął a ja szybko wsiadłam do
niego.
Gdy znalazła się w środku popatrzała na
siedzenia. W oddali Rosalie zobaczyła swojego przyjaciela Christiana. Powoli
skierowała się w stronę przyjaciela. Chłopak na nią spojrzał i uśmiechnął się.
-
Cześć Ros! – powiedział przyjaźnie zabierając plecak z siedzenia, aby
dziewczyna usiadła.
-
Hej Chris, co tam u ciebie? – zapytała dziewczyna siadając obok przyjaciela.
- Jak zawsze dobrze. Zdziwiłem się, że ty
jedziesz autobusem. – Powiedział uśmiechając się.
-
Taylor coś wypadło, więc musiałam jechać autobusem, ale chociaż mam z kim
pogadać.
-
Napisała mi wczoraj, że jej nie będzie na dwóch pierwszych lekcjach. A umiesz
na sprawdziany? – zapytał chłopak
sprawdzając coś w telefonie.
-
A jak myślisz przyjacielu? – zapytała Rosalie wyciągając z torby zeszyt z
chemii.
-
Sądzę, że tam. Ja niestety nie umiem z historii, bo miałem do późna trening.
-
Treningi są ważniejsze od nauki. – powiedziała Rosalie patrząc na widok z okna.
Chłopak nic nie powiedział tylko pisał coś na telefonie. Rosalie postanowiła,
że pouczy się jeszcze z chemii. Jechali już piętnaście minut. Po chwili
zatrzymali się przed szkołą. Dziewczyna poczekała aż wszyscy wysiądą. Nie
lubiła pchać się więc nauczyła się czekać. Gdy Rosalie wysiadła z autobusu z
Christianem. Rosalie poczuła, że ktoś obserwują ją. Szybko popatrzała za siebie
i się wystraszyła. Po drugiej stronie ulicy w cieniu stał chłopak w jej wieku.
Był ubrany w modne czarne jeansy i doskonale dopasowaną koszulę. Na nogach miał
czarne buty i był okryty długim czarnym płaszczem.
Prolog
Dawno temu Skandynawie wierzyli, że ich
bóstwa mieszkają w innej krainie. Ta kraina nosiła nazwę Asgard. Opowiem wam
skróconą historię innej krainy w, której nie mieszkali bogowie tylko zwykli
ludzie, którzy przemieniali się w wilki. Każdy człowiek pod normalną postacią
miał jedną unikatową moc. Ale nie teraz o tym. Kraina ta nazywała się Green
Land.
Każda kraina musi mieć władcę, ale nie ta.
O władzę nad krainą i poddanymi walczyły dwa wielkie rody, ale nie było tak od
samego początku. Pierwszym wielkim królem był Dariusz Drak. Jego zastępcom i
pierwszym pierwszym dowódcom wojsk był jego największy przyjaciel Mikael
Valdescu.
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Jedno
wydarzenie rozpoczęło wielką wojnę, w której zginęły tysiące mieszkańców.
Wielkie zjednoczone kiedyś królestwo rozpadło się na dwie części.
Subskrybuj:
Posty (Atom)