James:
- Rosalie przepraszam pomyliłem się, ale tak na prawdę się nazywasz – wyjaśniłem jej patrząc na nią. Ona przez kilka chwil unikała moje wzroku, ale nie dziwię się jej. Spojrzałem na niebo i zauważyłem, że słońce coraz niżej się znajduje.
- nic się nie stało Jamesie. Po prostu pomyliłeś się i już – rzekła spokojnie i posłała mi uśmiech. – To co teraz robimy?
- Teraz idziemy poszukać miejsca na nocleg. Spałaś kiedyś pod gołym niebem? – spytałem ją i zacząłem iść przed siebie. Dziewczyna maszerowała za mną.
- Niech pomyślę… dwa razy na wsi u ciotki – odpowiedziała na moje pytanie.
- A to dobrze – zauważyłem. Po jakimś czasie znaleźliśmy się na małej polance, która dookoła obrastały gęste krzaki. Idealne miejsce na noc. – Twoim zadaniem zawsze na postojach będzie noszenie drzewa – odparłem. Ta zdziwiona spojrzała na mnie, ale po chwili kiwnęła na zgodę głową.
- Tak jest panie generale ! – krzyknęła śmiejąc się. W pewnej chwili Ros zniknęła w zaroślach. Ja zabrałem się za układanie kręgu na ognisko. Po kilku minutach usłyszałem krzyk przyjaciółki. Szybko pobiegłem w stronę głosu. Gdy przybyłem na miejsce zobaczyłem Rosalie, która patrzała na zakrwawionego chłopaka, który leżał na ziemi.
- Rosalie spokojnie – powiedziałem zwracając się do kuzynki. Szybko znalazłem się przy rannym . Wyczułem słabe tętno. Jego twarz była poraniona i posiniaczona. Jego koszula, była cała zakrwawiona. Musiał mieć wielką ranę na brzuchu.
~ Ej, słyszysz mnie? – spytałem nie znajomego telepatycznie. Ten z wielkim wysiłkiem otworzył oczy i spojrzał na mnie. Po chwili stracił przytomność.
~ Tak słyszę Cię – odparł słabo.
~~ Przemień się! – rozkazałem z dumą. Ten zmienił się w czarnego jak smoła wilka.
- Czemu on przemienił się w wilka? - spytała mnie znienacka Ros.
- Dzięki temu, ze się przemienił jego rany szybciej się zagoją – odpowiedziałem na jej pytanie patrząc na nią kątem oka. Zmieniłem się w wilka i na swój grzbiet wziąłem ciało nie przytomnego chłopaka. Zaniosłem go tak gdzie będziemy spali. Położyłem go jak najdelikatniej na gęstej trawie. Następnie przemieniłem się w człowieka i pomogłem nanosić drewna Ros. Potem ona rozpaliła dzięki swojej mocy ogień. Cały czas z zaciekawieniem patrzała na wilka.
- Szkoda mi go Jamesie – szepnęła cicho.
- Ktoś go nieźle zmasakrował – zauważyłem oczyszczając jego rany.
niedziela, 10 maja 2015
wtorek, 5 maja 2015
Rozdział 11
Rosalie:
Po tych słowach chłopak spojrzał na mnie jak bym była nie normalna. Nie mogłam wytrzymać kolejnych minut głuchej ciszy, która panowała obecnie.
- Co się tak gapisz?! – spytałam go ostro.
- Nie mogę jeszcze uwierzyć w to co powiedziałaś - odpowiedział cicho. Westchnęłam na jego słowa.
- No to uwierz gamoniu. Zrozum, że uwierzyłam w to co powiedziałeś. Chcę się dowiedzieć więcej i pomścić śmierć rodziców – powiedziałam z dumą.
- Przypominasz mi ich trochę, ale osobiście ich nie znałem. – rzekł.
- Ile ty w ogóle masz lat?
- Mam tyle samo lat co twój przyrzeczony narzeczony – odparł na moje pytanie sucho
- Ja nie wyjdę za niego Jamesie! – warknęłam
- Jak to nie?! – spytał mnie ostro wstając szybko z ziemi i podchodząc szybko do mnie. Cofnęłam się szybko kilka kroków do tyłu. W pewnym momencie jego oczy stały się czerwone.
- Jamesie twoje oczy…są nie normalnie – szepnęłam przerażona. Wtem chłopak zaczął się uspokajać. Zamknął swoje oczy, a po chwili gdy je otworzył miały znowu normalną barwę.
- Przepraszam poniosło mnie. Moje oczy się zmieniają na czerwony gdy jestem wściekły – rzekł drapiąc się po głowie
- Ale ja mówię prawdę – powiedziałam wbijając wzrok w ziemię
- Jeśli nie wyjdziesz za ego debila znowu nastanie wojna, a tego chyba nie chcesz prawda?
- Oczywiście, że nie kuzynie. To jak zabierzesz mnie do Greenland?
- Oczywiście, ale teleportacja w dwie osoby jest trudna i zabiera mnóstwo energii. Kiedy przyjmiesz wilka, nauczysz się teleportować. – odparł. W głębi duszy wszystko już sobie zaplanowałam. Oczywiście nie wyjdę za żadnego palanta i nie przyjmę żadnego wilka.
- Na pewno dasz radę Jamesie
- Dzięki za wsparcie, ona wiele dla mnie znaczy. Naprawdę – odparł uśmiechając się.
- Bardzo się cieszę. – po moich słowach chłopak znienacka złapał mnie za nadgarstki i w pewnym czasie wylądowałam w jakiś krzakach, które miały cholernie ostre kolce. Szybko wyszłam z nich i spojrzałam na swoje porysowane ręce. Rozejrzałam się dookoła i oniemiałam. Wszędzie rosły duże drzewa, ale nigdzie nie było Jamesa.
- James gamoniu gdzie jesteś?! – zawołałam głośno.
- Tu jestem – krzyknął gdzieś z oddali. Zaczęłam iść w stronę głosu chłopaka. Gdy go zobaczyłam zaczęłam się śmiać. James właśnie wychodził z rzeki cały mokry.
- Gdzie my jesteśmy? – spytałam go wycierając łzy śmiechu, które spływały mi po twarzy.
- Jesteśmy w Greenland, a dokładniej w Akwitanii, ale nie jesteśmy na przyjaznych terenach – oznajmił mi ściągając koszulkę i wyciskając z niej wodę.
- To na jakiś jesteśmy terenach? – zapytałam go zaciekawiona.
- Na wrogich Rosalie na wrogich. Do granicy mamy trzy dni drogi
- To możesz nas teleportować – zauważyłam
- Niestety nie mam sił Rosalie. Musimy iść piechotą.
- Dlaczego tylko nocami? – zapytałam go opierając się o pień wielkiego dębu. Ten spojrzał na mnie i po chwili uśmiechnął się do mnie.
- Ponieważ tak będzie bezpieczniej Mirando – prychnął
- Czekaj czekaj jak mnie nazwałeś?! – spytałam go ostro.
Po tych słowach chłopak spojrzał na mnie jak bym była nie normalna. Nie mogłam wytrzymać kolejnych minut głuchej ciszy, która panowała obecnie.
- Co się tak gapisz?! – spytałam go ostro.
- Nie mogę jeszcze uwierzyć w to co powiedziałaś - odpowiedział cicho. Westchnęłam na jego słowa.
- No to uwierz gamoniu. Zrozum, że uwierzyłam w to co powiedziałeś. Chcę się dowiedzieć więcej i pomścić śmierć rodziców – powiedziałam z dumą.
- Przypominasz mi ich trochę, ale osobiście ich nie znałem. – rzekł.
- Ile ty w ogóle masz lat?
- Mam tyle samo lat co twój przyrzeczony narzeczony – odparł na moje pytanie sucho
- Ja nie wyjdę za niego Jamesie! – warknęłam
- Jak to nie?! – spytał mnie ostro wstając szybko z ziemi i podchodząc szybko do mnie. Cofnęłam się szybko kilka kroków do tyłu. W pewnym momencie jego oczy stały się czerwone.
- Jamesie twoje oczy…są nie normalnie – szepnęłam przerażona. Wtem chłopak zaczął się uspokajać. Zamknął swoje oczy, a po chwili gdy je otworzył miały znowu normalną barwę.
- Przepraszam poniosło mnie. Moje oczy się zmieniają na czerwony gdy jestem wściekły – rzekł drapiąc się po głowie
- Ale ja mówię prawdę – powiedziałam wbijając wzrok w ziemię
- Jeśli nie wyjdziesz za ego debila znowu nastanie wojna, a tego chyba nie chcesz prawda?
- Oczywiście, że nie kuzynie. To jak zabierzesz mnie do Greenland?
- Oczywiście, ale teleportacja w dwie osoby jest trudna i zabiera mnóstwo energii. Kiedy przyjmiesz wilka, nauczysz się teleportować. – odparł. W głębi duszy wszystko już sobie zaplanowałam. Oczywiście nie wyjdę za żadnego palanta i nie przyjmę żadnego wilka.
- Na pewno dasz radę Jamesie
- Dzięki za wsparcie, ona wiele dla mnie znaczy. Naprawdę – odparł uśmiechając się.
- Bardzo się cieszę. – po moich słowach chłopak znienacka złapał mnie za nadgarstki i w pewnym czasie wylądowałam w jakiś krzakach, które miały cholernie ostre kolce. Szybko wyszłam z nich i spojrzałam na swoje porysowane ręce. Rozejrzałam się dookoła i oniemiałam. Wszędzie rosły duże drzewa, ale nigdzie nie było Jamesa.
- James gamoniu gdzie jesteś?! – zawołałam głośno.
- Tu jestem – krzyknął gdzieś z oddali. Zaczęłam iść w stronę głosu chłopaka. Gdy go zobaczyłam zaczęłam się śmiać. James właśnie wychodził z rzeki cały mokry.
- Gdzie my jesteśmy? – spytałam go wycierając łzy śmiechu, które spływały mi po twarzy.
- Jesteśmy w Greenland, a dokładniej w Akwitanii, ale nie jesteśmy na przyjaznych terenach – oznajmił mi ściągając koszulkę i wyciskając z niej wodę.
- To na jakiś jesteśmy terenach? – zapytałam go zaciekawiona.
- Na wrogich Rosalie na wrogich. Do granicy mamy trzy dni drogi
- To możesz nas teleportować – zauważyłam
- Niestety nie mam sił Rosalie. Musimy iść piechotą.
- Dlaczego tylko nocami? – zapytałam go opierając się o pień wielkiego dębu. Ten spojrzał na mnie i po chwili uśmiechnął się do mnie.
- Ponieważ tak będzie bezpieczniej Mirando – prychnął
- Czekaj czekaj jak mnie nazwałeś?! – spytałam go ostro.
Rozdział 10
Chrystian:
W pewnej chwili Ros uciekła w stronę głównych drzwi. Spojrzałem z kpiącym uśmiechem na Jamesa. Uczniowie nadal patrzeli na nas.
- I co jesteś z siebie zadowolony? – spytał mnie chłopak patrząc na mnie wrogo.
- To ty wszystko zepsułeś deblu – warknąłem. Wtem ten podszedł do mnie szybko i szepnął mi coś do ucha na co zaśmiałem się kpiąco.
- Nigdy nie wygracie – prychnął i pobiegł za Rosalie. Rozejrzałem się po korytarzy. Większość z nich patrzała na mnie z zaciekawieniem. Westchnąłem cicho i uśmiechnąłem się.
- Co się kurwa gapicie! – krzyknąłem i poszedłem w stronę wyjścia bocznego. Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu rozejrzałam się dookoła. Gdy upewniłem się, że nikt na mnie nie patrzy pobiegłem w stronę lasu, ponieważ tam pobiegła Ros i James. Gdy tak biegłem usłyszałem jak ktoś krzyczy. Na skraju polany zobaczyłem moją przyjaciółkę, która darła się na wroga. To była muzyka dla moich uszu.
- Nie wybaczaj mu – szepnąłem sobie w myślach. Po chwili zapłakana dziewczyna usiadła pod drzewem i zaczęła płakać. Obok niej usiadł James i zaczął ją pocieszać. Cholera wszytsko się zepsuło. Zaczęli oni ze sobą rozmawiać i śmiać się. Musiałem podejść bliżej ich, więc zmieniłem się w cień i podszedłem do nich bliżej, aby lepiej słyszeć ich rozmowy. W pewnym momencie on zmienił się przed nią w wilka. Na koniec ona zapytała się jego co z jej rodzicami. U… zaczęło robić się ciekawie i to cholernie.
- Tych ludzi, których uważasz za rodziców nie są nimi. Twoi rodzice nazywali się Renesmee i Tristan Drak i oni nie żyją – odpowiedział na jej pytania cicho. O dziwo bał się spojrzeć się w jej oczy. Wtem zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego. Zauważyłem na jej twarzy spływającą pojedynczą łzę. Ona zaczynała mu wierzyć i ufać.
- Dlaczego i jak zginęli? – spytała wbijając wzrok w swojego kuzyna.
- Twoi rodzice chcieli zakończyć konflikt z rodem Valdescu, więc pojechali do Mikaela IV Valdescu i jego żony Sary. Po kilku rozmowach postanowili zakończyć konflikt. Oni i najbliższe rodziny i przyjaciele obu rodów podpisali krwią pakt. Pakt zabezpieczyli zaklęciami. Jeśli ktoś zdradził umierał w męczarniach.
- Opowiadaj dalej, i co przyrzekli w tym pakcie? – chłopak podrapał się po głowie, ponieważ nie wiedział co powiedzieć.
- Jak Ci mówiłem jesteś ostatnią potomkinią głównej linii rodu Drak. Wszyscy tam postanowili, że złonczą najmocniejszą więzią oba rody
- Jaką więzią do cholery?!
- Gdy oni podpisali pakt ty miałaś dwa miesiące, a Lucjusz Valdescu półtorej roku – rzekł przechodząc do setna.
- Co ja mam z tym wspólnego? – spytała dziewczyna. Wyczułem, że byłą coraz bardziej spięta.
- Gdy ty będziesz miała siedemnaście lat, a on osiemnaście musicie związać się węzłem małżeńskim. Dzięki temu kraj na nowo połączy się i zapanuje pokój. Niestety coś się wydarzyło – uśmiechnąłem się triumfując, ale szkoda mi było Ros.
- Co się stało?! – spytała wkurwiona porządnie Ros czekając na dalszą część.
- Brat Mikaela IV był przeciwny temu paktowi. W pewnym momencie zaatakował twojego ojca. I tak się skończyło, że twoi rodzice i Lucjusz zginęli. Najlepszy przyjaciel twojego ojca, a mój tata zabrał się na ziemię – odparł. Z oczu dziewczyny poleciały łzy.
- Jamesie ja nie wiem co powiedzieć – szepnęła wyzierając łzy rękawem bluzy. Po chwili wstała z ziemi. – Musisz mnie…. Mnie tam zabrać – oznajmiła mu. Ja na te słowa szybko teleportowałem się do Akwitanii. Wylądowałem w pokoju Luc’a
- Luc ona chce tu przybyć! – oznajmiłem swojego kuzyna. Ten spojrzał na mnie jak na idiotę, ale po chwili zmienił się.
- Kiedy, gdzie i jak? – zapytał patrząc na mnie.
W pewnej chwili Ros uciekła w stronę głównych drzwi. Spojrzałem z kpiącym uśmiechem na Jamesa. Uczniowie nadal patrzeli na nas.
- I co jesteś z siebie zadowolony? – spytał mnie chłopak patrząc na mnie wrogo.
- To ty wszystko zepsułeś deblu – warknąłem. Wtem ten podszedł do mnie szybko i szepnął mi coś do ucha na co zaśmiałem się kpiąco.
- Nigdy nie wygracie – prychnął i pobiegł za Rosalie. Rozejrzałem się po korytarzy. Większość z nich patrzała na mnie z zaciekawieniem. Westchnąłem cicho i uśmiechnąłem się.
- Co się kurwa gapicie! – krzyknąłem i poszedłem w stronę wyjścia bocznego. Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu rozejrzałam się dookoła. Gdy upewniłem się, że nikt na mnie nie patrzy pobiegłem w stronę lasu, ponieważ tam pobiegła Ros i James. Gdy tak biegłem usłyszałem jak ktoś krzyczy. Na skraju polany zobaczyłem moją przyjaciółkę, która darła się na wroga. To była muzyka dla moich uszu.
- Nie wybaczaj mu – szepnąłem sobie w myślach. Po chwili zapłakana dziewczyna usiadła pod drzewem i zaczęła płakać. Obok niej usiadł James i zaczął ją pocieszać. Cholera wszytsko się zepsuło. Zaczęli oni ze sobą rozmawiać i śmiać się. Musiałem podejść bliżej ich, więc zmieniłem się w cień i podszedłem do nich bliżej, aby lepiej słyszeć ich rozmowy. W pewnym momencie on zmienił się przed nią w wilka. Na koniec ona zapytała się jego co z jej rodzicami. U… zaczęło robić się ciekawie i to cholernie.
- Tych ludzi, których uważasz za rodziców nie są nimi. Twoi rodzice nazywali się Renesmee i Tristan Drak i oni nie żyją – odpowiedział na jej pytania cicho. O dziwo bał się spojrzeć się w jej oczy. Wtem zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego. Zauważyłem na jej twarzy spływającą pojedynczą łzę. Ona zaczynała mu wierzyć i ufać.
- Dlaczego i jak zginęli? – spytała wbijając wzrok w swojego kuzyna.
- Twoi rodzice chcieli zakończyć konflikt z rodem Valdescu, więc pojechali do Mikaela IV Valdescu i jego żony Sary. Po kilku rozmowach postanowili zakończyć konflikt. Oni i najbliższe rodziny i przyjaciele obu rodów podpisali krwią pakt. Pakt zabezpieczyli zaklęciami. Jeśli ktoś zdradził umierał w męczarniach.
- Opowiadaj dalej, i co przyrzekli w tym pakcie? – chłopak podrapał się po głowie, ponieważ nie wiedział co powiedzieć.
- Jak Ci mówiłem jesteś ostatnią potomkinią głównej linii rodu Drak. Wszyscy tam postanowili, że złonczą najmocniejszą więzią oba rody
- Jaką więzią do cholery?!
- Gdy oni podpisali pakt ty miałaś dwa miesiące, a Lucjusz Valdescu półtorej roku – rzekł przechodząc do setna.
- Co ja mam z tym wspólnego? – spytała dziewczyna. Wyczułem, że byłą coraz bardziej spięta.
- Gdy ty będziesz miała siedemnaście lat, a on osiemnaście musicie związać się węzłem małżeńskim. Dzięki temu kraj na nowo połączy się i zapanuje pokój. Niestety coś się wydarzyło – uśmiechnąłem się triumfując, ale szkoda mi było Ros.
- Co się stało?! – spytała wkurwiona porządnie Ros czekając na dalszą część.
- Brat Mikaela IV był przeciwny temu paktowi. W pewnym momencie zaatakował twojego ojca. I tak się skończyło, że twoi rodzice i Lucjusz zginęli. Najlepszy przyjaciel twojego ojca, a mój tata zabrał się na ziemię – odparł. Z oczu dziewczyny poleciały łzy.
- Jamesie ja nie wiem co powiedzieć – szepnęła wyzierając łzy rękawem bluzy. Po chwili wstała z ziemi. – Musisz mnie…. Mnie tam zabrać – oznajmiła mu. Ja na te słowa szybko teleportowałem się do Akwitanii. Wylądowałem w pokoju Luc’a
- Luc ona chce tu przybyć! – oznajmiłem swojego kuzyna. Ten spojrzał na mnie jak na idiotę, ale po chwili zmienił się.
- Kiedy, gdzie i jak? – zapytał patrząc na mnie.
Rozdział 9
James:
Spojrzałem na zadowoloną Rosalie, która bawiła się nie wielkim płomieniem. Śmiałem się razem z nią. W pewnej chwili w myślach wezwałem powietrze i rozkazałem ugasić mu płomień dziewczyny. Ten od razu to zrobił.
- Ej, co się stało? – spytała zdziwiona. Ja wbiłem wzrok w drzewo i zacząłem się śmiać. – To twoja sprawa
- Wcale nie. Nie czujesz, ze jest wiatr – palnąłem patrząc kątem oka na nią.
- To ty Jamesie i nie pal głupa
- Oj no dobre panuję nad powietrzem – przyznałem się.
- Bardzo ciekawe – odparła i zaczęła nad czymś myśleć intensywnie. I tak siedzieliśmy w ciszy, a nie chciałem przeszkadzać swojej kuzynce. Ale po upływie kilku minut nudziło mi się okropnie. Gdy spojrzałem na Ros ona wbijała swój wzrok w ziemię. Szczerze nigdy nie widziałem osoby, która by się tak zamyśliła jak ona. Klepnąłem ją delikatnie w ramię. Od razu zamuliła.
- O czym tak intensywnie myślisz? – spytałem ją zaciekawiony
- Zaczynam Ci wierzyć – odpowiedziała szybko patrząc mi prosto w oczy. Zdziwiłem się na jej słowa, a zarazem ucieszyłem.
- Na serio mi wierzysz? – zapytałem ją nie dowierzając nadal
- Serio serio – odpowiedziała bawiąc się swoimi dłońmi. – Mam małe pytanie
- Wal śmiało
- Jeśli pochodzę z twojej krainy, to czy moi rodzice tu nie są nimi? Czy ci tutaj są podstawieni? Jeśli tak czy mam rodziców? Czy oni żyją? – dziewczyna zadała mi mnóstwo pytań na, które nie chciałem odpowiadać, ponieważ obawiałem się ich.
Spojrzałem na zadowoloną Rosalie, która bawiła się nie wielkim płomieniem. Śmiałem się razem z nią. W pewnej chwili w myślach wezwałem powietrze i rozkazałem ugasić mu płomień dziewczyny. Ten od razu to zrobił.
- Ej, co się stało? – spytała zdziwiona. Ja wbiłem wzrok w drzewo i zacząłem się śmiać. – To twoja sprawa
- Wcale nie. Nie czujesz, ze jest wiatr – palnąłem patrząc kątem oka na nią.
- To ty Jamesie i nie pal głupa
- Oj no dobre panuję nad powietrzem – przyznałem się.
- Bardzo ciekawe – odparła i zaczęła nad czymś myśleć intensywnie. I tak siedzieliśmy w ciszy, a nie chciałem przeszkadzać swojej kuzynce. Ale po upływie kilku minut nudziło mi się okropnie. Gdy spojrzałem na Ros ona wbijała swój wzrok w ziemię. Szczerze nigdy nie widziałem osoby, która by się tak zamyśliła jak ona. Klepnąłem ją delikatnie w ramię. Od razu zamuliła.
- O czym tak intensywnie myślisz? – spytałem ją zaciekawiony
- Zaczynam Ci wierzyć – odpowiedziała szybko patrząc mi prosto w oczy. Zdziwiłem się na jej słowa, a zarazem ucieszyłem.
- Na serio mi wierzysz? – zapytałem ją nie dowierzając nadal
- Serio serio – odpowiedziała bawiąc się swoimi dłońmi. – Mam małe pytanie
- Wal śmiało
- Jeśli pochodzę z twojej krainy, to czy moi rodzice tu nie są nimi? Czy ci tutaj są podstawieni? Jeśli tak czy mam rodziców? Czy oni żyją? – dziewczyna zadała mi mnóstwo pytań na, które nie chciałem odpowiadać, ponieważ obawiałem się ich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)