wtorek, 5 maja 2015

Rozdział 11

Rosalie:
Po tych słowach chłopak spojrzał na mnie jak bym była nie normalna. Nie mogłam wytrzymać kolejnych minut głuchej ciszy, która panowała obecnie.
- Co się tak gapisz?! – spytałam go ostro.
- Nie mogę jeszcze uwierzyć w to co powiedziałaś -  odpowiedział cicho. Westchnęłam na jego słowa.
- No to uwierz gamoniu. Zrozum, że uwierzyłam w to co powiedziałeś. Chcę się dowiedzieć więcej  i pomścić śmierć rodziców – powiedziałam z dumą.
- Przypominasz mi ich trochę, ale osobiście ich nie znałem. – rzekł.
- Ile ty w ogóle masz lat?
- Mam tyle samo lat co twój przyrzeczony narzeczony – odparł na moje pytanie sucho
- Ja nie wyjdę za niego Jamesie! – warknęłam
- Jak to nie?! – spytał mnie ostro wstając szybko z ziemi i podchodząc szybko do mnie. Cofnęłam się szybko kilka kroków do tyłu. W pewnym momencie jego oczy stały się czerwone.
- Jamesie twoje oczy…są nie normalnie – szepnęłam przerażona.  Wtem chłopak zaczął się uspokajać. Zamknął swoje oczy, a po chwili gdy je otworzył miały znowu normalną barwę.
- Przepraszam poniosło mnie. Moje oczy się zmieniają na czerwony gdy jestem wściekły – rzekł drapiąc się po głowie
-  Ale ja mówię prawdę – powiedziałam wbijając wzrok w ziemię
- Jeśli nie wyjdziesz za ego debila znowu nastanie wojna, a tego chyba nie chcesz prawda?
- Oczywiście, że nie kuzynie. To jak zabierzesz mnie do Greenland?
- Oczywiście, ale teleportacja w dwie osoby jest trudna i zabiera mnóstwo energii. Kiedy przyjmiesz wilka, nauczysz się teleportować. – odparł. W głębi duszy wszystko już sobie zaplanowałam. Oczywiście nie wyjdę za żadnego palanta i nie przyjmę żadnego wilka.
- Na pewno dasz radę Jamesie
- Dzięki za wsparcie, ona wiele dla mnie znaczy. Naprawdę – odparł uśmiechając się.
- Bardzo się cieszę. – po moich słowach chłopak znienacka złapał mnie za nadgarstki i w pewnym czasie wylądowałam w jakiś krzakach, które miały cholernie ostre kolce. Szybko wyszłam z nich i spojrzałam na swoje porysowane ręce. Rozejrzałam się dookoła i oniemiałam.  Wszędzie rosły duże drzewa, ale  nigdzie nie było Jamesa.
- James gamoniu gdzie jesteś?! – zawołałam głośno.
- Tu jestem – krzyknął gdzieś z oddali. Zaczęłam iść w stronę głosu chłopaka. Gdy go zobaczyłam zaczęłam się śmiać. James właśnie wychodził z rzeki cały mokry.
- Gdzie my jesteśmy? – spytałam go wycierając łzy śmiechu, które spływały mi po twarzy.
- Jesteśmy w Greenland, a dokładniej w Akwitanii, ale nie jesteśmy na przyjaznych terenach – oznajmił mi ściągając koszulkę i wyciskając z niej wodę.
- To na jakiś jesteśmy terenach? – zapytałam go zaciekawiona.
- Na wrogich Rosalie na wrogich. Do granicy mamy trzy dni drogi
- To możesz nas teleportować – zauważyłam
- Niestety nie mam sił Rosalie. Musimy iść piechotą.
- Dlaczego tylko nocami? – zapytałam go opierając się o pień wielkiego dębu. Ten spojrzał na mnie i po chwili uśmiechnął się do mnie.
- Ponieważ tak będzie bezpieczniej  Mirando – prychnął
- Czekaj czekaj jak mnie nazwałeś?! – spytałam go ostro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz